Bali

Irmina Pedinkowska

Bali – okiem importera

Nie każdy akwarysta zdaje sobie sprawę jak trudno sprowadzić do naszego pięknego kraju żywe zwierzęta tropikalne. Pomijając przeprawę celno-weterynaryjną na lotnisku, która to zasługuje na kompletnie inną opowieść, bardzo ważnym aspektem jest znalezienie wiarygodnego partnera po drugiej stronie oceanu. Na świecie jest bardzo wiele firm, które eksportują żywe zwierzęta – jedne to duże farmy koralowców – hurtownie z setkami zbiorników, ale też są i małe rodzinne firmy, które próbują utrzymać się w tej branży. W Indonezji, skąd pochodzi przychodzi do Polski chyba najwięcej dostaw takich firm jest tysiące. Jak więc zdecydować , z którą współpracować? Bardzo często dochodzi do sytuacji,gdy po kilku, czy kilkunastu dostawach nagle kontakt się urywa a wpłacone pieniądze są już stracone na zawsze – niestety nie ma praktycznie możliwości wyegzekwowania naszych należności. Dlatego też, gdy i naszą firmę dotknęła po raz kolejny taka właśnie sytuacja postanowiliśmy sami, na własne oczy przekonać się z kim współpracujemy i poszukać nowych dostawców. Jak w każdym biznesie najważniejsze są relacje, tak więc postanowiliśmy w nie zainwestować i dosłownie w ciągi tygodnia zaplanowaliśmy i zrealizowaliśmy naszą wyprawę do Indonezji. Jako,że kilka lat współpracowaliśmy (i do dzisiaj ta współpraca trwa) z jedną z firm z Jakarty wysłaliśmy maila z informacją, że przyjeżdżamy i chcielibyśmy się spotkać. Otrzymaliśmy odpowiedź, ze z przyjemnością nas ugoszczą, odbiorą z lotniska i pomogą w zarezerwować hotel. Zasadniczo nie liczymy na tak szeroką pomoc – co więcej, zazwyczaj dobrze sobie radzimy na obcym terenie i właściwie nie mamy problemu czy to w poruszaniu się po obcym mieście czy też w znalezieniu noclegu, ale chętnie przystaliśmy na propozycję Candry. I całe szczęście!!! Po wylądowaniu w Jakarcie odebrała nas z lotniska Lani – siostra właścicielki hurtowni, z którą współpracujemy. Gdy opuściliśmy klimatyzowany budynek lotniska i wyszliśmy na parking poczułam się jakby ktoś mnie wrzucił do pralki automatycznej, nastawił temp. 90st i program z wirowaniem. Było bardzo gorąco, bardzo parno, powietrze miało dziwny słodkawy zapach a do tego wokół panował ogromny ruch, mimo, że było to godz. 22-ga. Do hotelu jechaliśmy ponad godzinę przez miasto, które przypominało ul – nie wiem, czy na jezdni były wytyczone jakieś pasy – zresztą to byłoby bez sensu – i tak każdy jechał jak chciał, używając klaksonu do sygnalizowania czy to zmiany pasa, zmiany kierunku ruchu czy innej zmiany:) Trudno nawet opisać ten tłok na autostradzie, co chwila samochody stłaczały się w jakim miejscu aby potem nagle się rozjechać w swoje strony i tak w kółko. W tym momencie pomyślałam, ze chwała Bogu, że Lani zaoferowała nam swoją pomoc. Po zakwaterowaniu w hotelu postanowiliśmy jeszcze pokręcić się po okolicy. Jednak czy to okolica była opustoszała, czy godzina już bardzo późna , dość powiedzieć ze nic wokoło się nie działo a gdy trafiliśmy w końcu do jakiegoś domu towarowego to czułam się jak na nocnej wyprzedaży. Usiedliśmy w końcu w barze i biorąc do ręki menu zdaliśmy się na obrazki, bo nikt z obsługi nie mówił słowa po angielsku. Nie potrafię do dziś powiedzieć co wtedy jedliśmy – było smażone, słone i dobre.

Bali

Menu

Na drugi dzień umówiliśmy się z Lani na 9.00 i miała nas zabrać do hurtowni, która znajdowała się dość spory kawałek od naszego miejsca zakwaterowania. Dzięki temu mogliśmy spokojnie obejrzeć miasto za dnia – i faktycznie były to niesamowite widoki – ile rzeczy można załadować na motor! A na rowerze mieści się warsztat krawiecki i ze peugeot dobrze wygląda ze znaczkiem mercedesa. Hurtownia – tak sądzę , znajdowała się obierzach miasta i zajmowała powierzchnię ok.300m2 – i oprócz biur cała była na powietrzu. W końcu mieliśmy również poznać Candrę – osobę, z którą kontaktowaliśmy się w sprawie naszych zamówień i dostaw. Jakież było nasze zdziwienie, gdy Candra okazał się mężczyzną:-)))))

Bali

Ulice Jakarty


Warunki w jakich trzymane były zwierzęta z naszego punktu widzenia były bardzo surowe – większość zwierząt pływało z betonowych zbiornikach a akwaria z rybami były dość mocno zaglonione.

Bali

Hurtownia pod gołym niebem

Cały obieg był podłączony do jednego odpieniacza – Aqua Medic Turboflotor 5000, za oświetlenie robiło słońca a raz w tygodniu dowozili wodę z oceanu na podmianę – jakiś 20 tys litrów. Filtracja oparta została na żywej skale a zbiorniki okrywała siatka, która chroniła zwierzaki przed ptakami. Bali  

Bali

„Targ Rybny”

Poznaliśmy całą załogę, wszyscy okazali się niezwykle serdeczni i gościnni. Na koniec wysłaliśmy z komputera Candry pozdrowienia dla naszej sklepowej ekipy i ruszyliśmy w dalszą drogę. Lani zabrała nas na taką lokalną giełdę akwarystyczną – miejsce, na świeżym powietrzu, gdzie w małych boksach, czy po prostu na straganach stały worki z karpiami koi, welonkami, bojownikami czy roślinami – po prostu jak każdy inny towar, jak u nas pomidory czy ogórki. Warunki spartańskie i raczej nikt nie zaprząta sobie głowy komfortem zwierząt. Były też boxy z akwarystyka morską, gdzie podziwialiśmy misternie wykonane zabudowy – rzeźbione w azjatyckie smoki szafki i korony, a także akwaria załadowane niemal po sufit koralowcami. Zresztą w doskonałej kondycji.

Bali

Sklep z morszczyzną

   

Bali

I kolejny sklep z morszczyzną

  Po całym dniu pełnym wrażeń Lani zabrał nas do tradycyjnej indonezyjskiej restauracji, gdzie mieliśmy okazję posmakować fantastycznych potraw – zresztą nie tylko potrawy ale też i samo miejsce, otoczenie, niezwykle klimatyczne, urocze domki na wodzie, wszystko tak inne niż to, czego do tej pory spotkaliśmy uświadomiło nam jak jesteśmy daleko i jak fantastyczna jest wschodnia kuchnia.

Bali

Na pierwszym planie smażone gurami

  Przyszła pora na pożegnania, bo naszym celem była wyspa Bali. Dostaliśmy się tam korzystając z miejscowych linii lotniczych i po niecałej godzince staliśmy już pod kolorowym napisem Welcome to Bali ! Szybko do hotelu, szybki wypad gdzieś na miasto , szybka przekąska ze smażonej żaby i spać, bo jutro miał być niezwykle pracowity dzień. Trzeba pamiętać, że nie pojechaliśmy tam dla przyjemności. Rano wszystko wyglądało jeszcze lepiej, słońce pięknie świeciło, trochę przyzwyczailiśmy się już to upału i pełni zapału ruszyliśmy do Kuty – chyba najsłynniejszego kurortu na wyspie, słynącego nie tylko niezwykle bogatej oferty turystycznej, bogatego nocnego życia ale też i tsunami, które nawiedziło wyspę w 2004r. Plan był taki : wsiąść w taksówkę, znaleźć przytulne miejsce na nocleg, odwiedzić wypisane na karteczce firmy, nawiązać kontakty i poddać się błogiemu lenistwu. Pierwszy punkt poszedł gładko – już przed wyjazdem znaleźliśmy informację, aby łapać taksówki korporacyjne, koniecznie niebieskim ptakiem w logo – i tak tez uczyniliśmy. Bardzo kontaktowy kierowca jeździł z nami po zatłoczonym mieście i pomagał szukać noclegu. Bez skutku – wszystko albo zajęte, albo standard poniżej oczekiwań – albo wręcz przeciwnie standard świetny ale nie na naszą kieszeń. Co było robić? Szybka zmiana planów – pokazaliśmy naszemu kierowcy adresy, które chcieliśmy zaliczyć w Kucie . Okazało się, ze pierwszy adres nie istnieje. Pod drugim adresem zastaliśmy dom w kompletnej ruinie, dodatkowo na skraju zapadnięcia po niedawnym trzęsieniu ziemi. Idąc przez cuchnące podwórko, mijaliśmy biegające szczury i bawiące się obok dzieci. Mijając te straszne widoki zastanawialiśmy się gdzie tu może być firma zajmująca się exportem zwierząt? I faktycznie – naszym oczom ukazała się dosłownie połowa domu – połowa, tak jakby ktoś przeciął budynek nożem – to skutek tąpnięcia sprzed niemal 2 tygodni. I na tyłach tego półdomu stały ustawione na regałach zbiorniki – sześć czy osiem, coś tam w nich pływało ale widok generalnie był niesamowicie przygnębiający i wzbudzał nasz niepokój. Właściciel tego przedsięwzięcia był niezwykle uprzejmy i czuliśmy,że bardzo zależy mu na nawiązaniu współpracy ale obawiam się, że nie byłby w stanie realizować naszych zamówień. Lekko przygnębieni tym widokiem udaliśmy się pod kolejny adres już poza Kutą – gdzieś na trasie w drodze do Candidasy. Tym razem nie było wątpliwości,ze znajdujemy się w mega wielkiej hurtowni z żywymi zwierzętami. W hurtowni z tradycjami, ponieważ istnieje ona od ponad 40 lat. Początkowo właściciele byli wobec nas niezwykle nieufni ale w końcu udało się przełamać lody (może dzięki firmowym koszulkom, które im podarowaliśmy) i po wpisaniu kodu w zamek szyfrowy otworzyły się przed nami wrota (dosłownie) do przemysłu akwarystycznego. Hurtownia zajmowała kilka wielkich hal, każda z innymi zwierzętami: jedna z koralowcami miękkimi, jedna z rybami, z bezkręgowcami, kwarantanna i osobno szpital.

Bali

Systemy filtracyjne

Jedno z pomieszczeń było całe zawalone styropianowymi boxami i tam właśnie pakowano i przygotowywano dostawy. Można śmiało założyć, ze dziennie kilkaset kartonów było pakowanych importowanych do wielu firm na całym świecie .

Bali

Pakowanie

Dostaliśmy przewodnika, który w bardzo fajny i przystępny sposób opowiedział krótko o historii i działalności firmy. Przy ogromnej wilgotności i temp. sięgającej 30st widzieliśmy w zbiornikach chyba wszystkie dostępne w tym regionie zwierzęta, dodam również że np. ryby były posegregowane rozmiarami. Nad wszystkimi zbiornikami wisiały chińskie oprawy ledowe, natomiast filtracja mechaniczna oparta była na odpieniaczach schurana. Na tym zakończyliśmy pierwszy etap naszej podróży. Udaliśmy się następnie w głąb wyspy aby odwiedzić to co interesowało nas najbardziej – farmy koralowców. Bardzo chcieliśmy przekonać się jak wygląda propagacja – jak przechowywane są koralowce, gdzie “rosną” – a gdzie “dojrzewają” kolorystycznie.Jak się okazało pierwsza z farm była w zasadzie jakieś 200 metrów od domku, w którym się zatrzymaliśmy i jakieś 100m od brzegu oceanu. Wszystkie “platformy” znajdują się na głębokości około 2.5-3m (przy średnim stanie wody) i nawet acropory deepwater były trzymane na tej niewielkiej głębokości – ale tylko na południu wyspy.  

Bali

Szkólka korali

 

Tam gdzieś jest farma...

Tam gdzieś jest farma…

 

 

 

 

 

Rafy wokół wschodniego wybrzeża Bali są imponujące. W szczególności te, które w tej chwili odradzają się po El Ninjo, prąd morski, który zniszczył wiele z nich w 2006 roku. Z relacji ludzi, z którymi mieliśmy okazję porozmawiać spustoszenia w tamtym czasie były naprawdę znaczne – wiele “pól” koralowych zostało pustych a te, które przetrwały zostały bardzo przerzedzone.Jednak nadal można spotkać wiele miejsc – jak White Sand Beach (niedaleko miejscowości Candidasa) gdzie dosłownie przy brzegu natykamy się na lasy acropor średnicy nawet 1.5 – 2m! Naprawdę robi to kolosalne wrażenie. 16   A jeszcze większe robi prażące tam słońce! Trafiliśmy na początek pory deszczowej i choć deszcz padał tylko raz w nocy to przy temperaturze 31-33 stopnie w nocy i cholernie wysokiej wilgotności dla przeciętnego europejczyka temperatury są średnio “komfortowe”. W dzień przy palącym słońcu w ciągu 2 godzin można opalić się (w zasadzie poparzyć się) na piękny kolor “red lobster”Wracając jednak to samych farm: na moje pytanie – dlaczego koralowce rozmieszczone są w różnych miejscach wokół wyspy? – usłyszałem, że farmy pełnią różne funkcje: na północy wyspy, gdzie prądy wody są cieplejsze, na głębokości ok. 3m są stanowiska hodowlane i temperatura wody wynosi ok. 25.5 – 26 stopni – tam koralowce rosną bardzo szybko ale jednak odbywa się to kosztem wybarwienia.. Bali   Na południu wyspy, gdzie przy dnie jest dosyć silny zimny prąd i temperatura na głębokości 3m nie przekracza 23.5 stopni(!) koralowce wybarwiają się bardzo intensywnie co zresztą mieliśmy okazję zaobserwować. Wiele farm sąsiaduje niemal bezpośrednio z plażami ale „pilnują „ ich lokalni rybacy, , aby nikt niepowołany bez zgody właścicieli niczego z wody nie wyciągał. Niedaleko plaży było stanowisko mant i rekinów – a przy plaży pływały żółwie – cholernie szybkie zresztą (jak na żółwie) Bali       Kolejnym zadaniem, jakie sobie założyliśmy było zrobienie testów wody. Bali Bali Do Indonezji wybraliśmy się wyposażeni w zestaw testów/mierników wody i światła aby “skalibrować” je do prawdziwych warunków, w jakich przetrzymywane są koralowce w naturze. Wnioski po przeprowadzeniu doświadczenia były dosyć zaskakujące. Tu właśnie spotkało mnie największe zaskoczenie: woda była pobierana z różnych miejsc, testy wykonywane naprawdę dokładnie, zakładając więc, że Salifert przekłamuje, możemy takie “przekłamane” wyniki starać się utrzymywać w swoich akwariach. 1. Twardość wody Bez względu na miejsce pobierania wody – wyniki oscylowały między 6.7 a 7.0 2. Wapń – tu także spore zaskoczenie – wyniki między 340 a 365mg/l. W trakcie rozmów z właścicielami farm dowiedziałem się, że w sytuacji gdy przenoszą koralowce do zbiorników przed transportem – i są one tam przetrzymywane nawet dosyć długo – NIGDY nie uzupełniają wapnia. Zauważyli że przy wzroście wapnia powyżej 400mg/l – koralowce miały tendencję do utraty kolorów(!) 3. Azotany – zero. 4. Fosforany – i tu największe zaskoczenie. Wyniki robione małą hanką – wynosiły między 0.09 a 0.16! Odczyt wody bez odczynnika wskazywał na 0.00 – więc robiąc testy kilkukrotnie z tej samej wody – wyniki różniły się czasem o 0.03mg/l . Nie wiem czym to wytłumaczyć – z informacji które otrzymałem wynikało że zimny prąd niesie ze sobą duże ilości pożywienia, stąd też mocniejsze wybarwienie koralowców znajdujących się w morzu po stronie południowej – ale z drugiej strony w setkach publikacji możemy spotkać się z informacją o tym, że poziom 0.1mg jest granicznym poziomem dla koralowców SPS.. Drugim aspektem, o którym już wspomniałem jest temperatura wody – jak widać nawet te 1.5 stopnia (czyli do 23.5) ma znaczący wpływ na wybarwienie/wzrost koralowców. Z ciekawostek dodam, że w wielu miejscach na plaży, szczególnie tam gdzie skały wchodzą do wody spotkać można wiele “kałuż”, w których temperatura wody przekracza na pewno 30 stopni (35?) i bezpośrednio pod słońcem rosną różne gatunki koralowców LPS – jak np. ta Favia.   21Niestety – można także spotkać takie obrazki – jak wykonana w hotelu ściana z żywej skały i koralowców Tubipora musica 22Jednak trzeba przyznać – świadomość tutejszego społeczeństwa o skarbie który posiadają jest coraz większa – i to cieszy… Nasza „wyprawa” dobiegła końca. Doświadczenie oraz kontakty, jakie udało nam się zdobyć podczas tej podróży owocują do dzisiaj. Wrażenia – oczywiście bezcenne, widoki – zapierające dech w piersiach i w głowie jedna myśl – powrócić tam ponownie….  

         

O Autorze Wszystkie posty

Bartek Stańczyk

Bartek Stańczyk

Jestem pasjonatem mórz i oceanów już od czasów dzieciństwa, a edukacja w dziedzinie biologii morskiej pozwoliła mi na bardziej naukowe spojrzenie na typowe akwarium morskie.

1 komentarzSkomentuj

  • Ciekawi mnie przede wszystkim jak wyglada trzymanie ryb przed transportem, ile plywaja w baniakach jak wygladaja te baniaki… no i kwestia samego pakowania. Mega ciekawy artykuł ale brakuje detali, których za pewne nie możecie ujawnić :P
    za sprawozdanie z magicznej wyprawy i tak serdecznie dziekuje!

Zostaw komentarz...

Twój email nie będzie widoczny dla innych. Pola oznaczone gwiazdką są wymagane.